FILIPINY – Wyjeżdżamy z niedosytem:-(

Wlasnie zasiedlismy w Business Lounge na lotnisku w Manila i oboje zalujemy ze juz pora wracac, chetnie bysmy zostali jeszcze conajmniej tydzien i polecieli na Palawan, hmmmm…. Albo wrocili do Kingfishera w Pagudpud hmmm:-(((. Zdecydowanie byloby jeszcze co zobaczyc i jesli kiedykolwiek bedzie nam jakos po drodze to na pewno sie zatrzymamy na Filipinach. Jesli w koncu zdecyduje sie na kitesurfing to juz mam miejscowke na nauke.

Najbardziej bedziemy tesknic za tutejsza kuchnia! Zupki z ryb i owocow morza nigdzie nie byly tak dobre!!!! A przede wszystkim nie jedlismy tutaj zadnego przetworzonego jedzenia ( w miejscach gdzie spalismy gotowali jak w domu i czekalo sie na obiad 2h) i czulismy sie swietnie caly czas. Zadnych deserow, zadnego ciezkiego alkoholu- spa po kazdym wzgledem. Oprocz jedzenia rozpieszczalismy sie takze masazami. No ja zdecydowalam sie tez na foot spa i pedicure aczkolwiek moje paznokcie u stop w wydaniu azjatyckim nie sa tym ksztaltem jaki lubie;-)! Tomasz zrobil golfowy shopping:-).
Pora abysmy podzielili sie z Wami paroma ciekawostkami:
1) W filipinskich toaletach zwykle nie ma papieru toaletowego. Sa tylko takie dupo- showerki jak my je nazywamy. A w hotelu w Vigan z racji 5 gwiazdek byla taka prawdziwa japonska toaleta z podgrzewana deska i z centrum dowodzenia co do tego gdzie ma showerek pryskac. Brak papieru to i tak nic w porowananiu z chinskimi kibelkami w ziemii gdzie trzeba robic ‘na narciarza’.
2) Wszelkich bialych turystow nazywa sie tutaj Americano nawet jak z Ameryki nie sa.
3) Jak zapewnie wiecie obowiazuja tutaj dwa jezyki urzedowe: filipino oparty na jezyku tagalog i angielski. No i tanglish czyli taki filipinski angielski. Nowe slowo ktorego sie nauczylismy to okreslenie na jajko sadzone. Nie mowia tutaj fried egg ale ‘ sunny side up’. Ladnie, prawda? No i z racji tego ze angielski nie ma formy grzecznosciowej a oni tutaj swego rodzaju pokore i sluzalczosc maja we krwi, zawsze dodaja slowka ‘mam’ (madame) i ‘sir’. Jeszcze w Inadiach myslalam ze uderze jak kolejny raz uslysze ‘mam’, ale tutaj jakos mi nie przeszkadzalo slyszane dziesiatki razy dziennie: good morning mam, thank you mam, yes mam, etc. Tomaszowi najbardziej sie podobalo jak nasz przewodnik po tarasach ryzowych w Banaue w miejscach stromych i waskich mowil: balance yourself, sir Thomas.
4) Rainy season- obecnie jest na Filipnach pora deszczowa i sprawdzajac pogode w jakimkolwiek regionie zawsze pokazywalo nam ze generalnie leje caly dzien non stop. Podczas gdy w rzeczywistosci swiecilo i grzalo i padalo w nocy lub wcale. Naprawde deszczowe pol dnia trafilo sie nam w gorach, ale akurat tam pogoda standardowo bardzo zmienna. Dwa ostatnie dni w Manilii to suche pielko nie do zniesienia ale prognozy pogody mowia ze duze zachmurzenie z szansa na opady.
5) Zauwazylismy ze ludzie tutaj nie pala papierosow i czesto na wjezdzie do miasta jej napisane ze to miasto jest non-smoking. Co jeszcze zwrocilo nasza uwage to fakt ze ludzie tutaj nie nosza okularow. Ja zakladam ze moze wzrok nie ma sie im od czego psuc, a Tomasz twierdzi ze po prostu nie stac ich na okulary nawet jak slabo widza. Sami wybierzcie czyja wersje wolicie.
6) Jak  widzieliscie na zdjeciach kraj biedny i w duzej wiekszosci domki ze slomy lub papieru ale oczywiscie stolica ma swoje super bogate dzielnice. W Makati City w Manilii maja super up- scale sklepy, fantastyczny wybor swietnych nieskazitelnie czystych restauracji, wypasne domy z ochrona wokol i pola golfowe gdzie czlonkostwo kosztuje 1 milion dolarow rocznie. Ale tuz poza Makati ludzie mieszkaja na ulicy w nieopisanym smrodzie i syfie. Kontrast jakiego w Europie na szczescie nia ma.
7) Kolejny raz spotkalismy w miejscach w ktorych spalismy ludzi z calego swiata i kolejny raz uslyszelismy ze jestesmy pierwszymi Polakami jakich spotykaja podczas swojej 6-miesiecznej podrozy. Smutne co?
8) Po raz kolejny okazalo sie ze mam jakis szosty zmysl do wyszukiwania super klimatycznych miejsc do spania. Tomasz nie byl za spaniem w hostelach i on zarezerwowal bezduszny hotel w Manilii na pierwsze dwie noce a pozniej pozwoli mnie znalezc nocleg na Bohol i po nim kazdy kolejny. Kazde miejsce w ktorym spalismy mialo serwis ‘pod bialych’, pyszne zdrowe  domowe jedzenie i wysmienite towarzystwo. Na Coco Farm mielismy bardzo uboga chatke w ktorej mielismy wrazenie ze spimy na podworku ale jedzenie i ludzie ktorych tam poznalismy sprawily ze bardzo smutno bylo wyjezdzac. Wieczory do poznych godzin spedzalismy na rozmowach przy jedzeniu tego co farma dala. Nasz rachunek za 3 noce i sniadania i kolacje, za taxi z lotniska i na lotnisko oraz za wycieczke po wyspie wyniosl okolo 350,00 pln. Tam poznalismy Gavina i Hilary z Los Angeles. On zajmowal sie w Holywood grafika filmowa -my to zawsze na jakich filmowcow trafiamy no! W Banaue spalismy w Village Inn prowadzonym przez Grahama Taylora- brytyjczyka ktory w prymitywnych chatkach w gorach zadbal o wszystko co biali luba i chcac miec a w jego restauracji podawano najlepsze chicken curry pod sloncem! No i full wypas English breakfast i herbatke Dilmah. W Vigan spalismy w najbardziej luksusowym hotelu w miescie i bylo luksusowow ale bezdusznie i bez towarzystwa i bez common roomu i wlasciwie bez wspomnien. No i wreszcie pora na Kingfisher- domki na samej plazy proste i takie ze standardem na najwyzszym poziomie z bardzo gustownym designem i jacuzzi w lazience. No ale ten standard noclegu to bez znaczenia, tutaj znow fantastyczne towarzystwo samego wlasciciela i przepyszne dania ze swiezo dostarczonych z okolicznych wod ryb. A do tego jedno z najlepszych cappucciono jakie kiedykowliek pilismy i tequila sunrise podczas zachodu slonca na brzegu oceanu. Z Kingfishera trafilismy do hostelu Our Melting Pot w Manilii gdzie stol w jadalni mial miejsca na okolo 15 osob i ludzie od switu dosiadali sie i rozmowom nie bylo konca choc kazdy byl z inego kraju. Tutaj w pierwszy poranek kiedy juz nie moglam spac zagadalam ze studentem stomatologii z Anglii ktory mial najbielsze zeby swiata! Nawet na reklamach nie maja tak bilaych jak on mial na zywo. Piekne!!!! Ah no i tutaj jadlam najlepsze pancackes w zyciu- mysle ze juz nigdzie nigdy takich dobrych nie spotkam:-(! Nieopisanie pyszne i na dodatek w ksztalcie pulchnych serduszek:-).
Ropzpisalam sie troche co? Poki co daje Wam oddech od lektury a na koncowe podsumowanie przyjdzie pora podczas 16 h lotu do Amsterdamu.
A jeszcze tydzien temu na zabloconych grzeskich drogach w Banaue mowilam Tomaszowi ze to moj ostatni raz w Azji i ze jesli kiedykowliek przyjdzie mi pomysl by tu jechac ma mi to przypomniec!!! Ale on pamieta ze to samo mowilam w Indiach, tam zarzekalam sie ze juz tylko Europa i USA! Gdyby kots mi teraz powiedzial ze moge sie wrocic i poleciec do Puerto Princessa to  nie waham sie ani minuty!
Advertisements

2 thoughts on “FILIPINY – Wyjeżdżamy z niedosytem:-(

  1. Hm….to my dziekujemy za takie piekne zdjecia i tak cudownie opisywanie tego co spotkaliscie i przezyliscie;))) super sie to czytało i wielokrotnie śmiałam sie na cale gardło;DDD tylko mnie jedno zastanawia jak to możliwe, że przeżyłaś Mireczko bez deserów??? Niemniej bardzo jestem ciekawa jak wygląda ten Twój nowy pedicure w filipińskim wydaniu ;))

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s