INDIA – Rajasthan cont.

Opowiesci z Dzajpuru ciag dalszy…
Dzis nasz kierowca rozgryzl nas ostatecznieJ, to znaczy samodzielnie doszedl do wniosku ze nas nie interesuja muzea i palacowe wnetrza ale ulice, ludzie i ich codzienne zycie i zajecia. Wiec zabral nas do Amber Town, ktore wlasciwie okazalo sie byc wsia spokojna i pelna cudownych obrazow oraz wiejskiego a nie slamsowego zapachu. Tutaj podeszlismy blisko ludzi i przelamalismy sie do ulicznego jedzenia.  Ale nim pozwolil nam pospacerowac po wiejskich zaulkach zabral nas do Amber Fort- siedziby krola do ok. polowy XVIII wieku i pomimo tego ze to bardzo turystyczna atrakcja, miejsce zrobilo na nas wrazenie swoja monumentalnoscia oraz recznie malowanymi i rzezbionymi dekoracjami sciennymi. Z opowiesci przewodnika najciekawsze oczywiscie byly te na temat zarzadzania 12 zonami z ktorych kazda miala wlasna komnate z sekretnym korytarzem prowadacym do sypilani krola. Panie sie nie odwiedzaly, co najwyzej umawialy sie na pogaduchy w common room’ie ale nie zdradzil nam jakich tematow dotyczyly ich rozmowy. Kolejna smieszna ciekawostka bylo to ze w czesci palacowej zamieszkiwanej przez kobiety nie bylo schodow tylko rampy gdyz one poruszaly sie na wozkach z racji obciazenia jakie stanowily ich suknie i bizuteria- w sumie okolo 11-12 dodatkowych kilogramow. Milo bylo pana posluchac ale zwolnilismy go z obowiazku rozrywkowania nas chyba nawet wczesniej niz sam planowal i urwalismy sie w dzika wies.
Tutaj pierwsze podworku na ktore trafilismy to to z wielbladem i mnostwem dzieci. Jak twierdzil jedyny tam obecny dorosly mezczyzna cala dwudziestka dzieciakow byla jego, zon nie zliczylismy. Tutaj dzieciaki entuzjastycznie skakaly wokol nas i ciagle powtarzaly: one pen, one pen. Wiec ja oddalam ladny czerwony dlugopisik z Canona a Tomasz elegancki plastik z Hiltona. Wiecej nie mielismy ze soba wiec wyciagnelam z plecaka woreczke monet: amerykanskie centy i eurocenty i dzieciaki rzucily sie na mnie doslownie i rozszarpaly woreczek w oka mgnieniu. Kolejny szturm z ich strony przypadl juz Tomaszowi w momencie kiedy zrobil im zdjecie i wszystkie chcialy zobaczyc ta fotke na wyswietlaczu aparatu- on po prostu zniknal pod fala radosnych okrzykow i zawzietej przepychanki. Dzieciaki jak widzicie na zdjeciach byly w roznym wieku ale najwieksza ilosc makijazu zdawaly sie miec na swoich twarzach te najmniejsze dziewczynki-zaczynaja chyba jeszcze wczesniej niz europejskie nastolatki;-)))). Chlopcy jak na „provider’ow” przystalo byli bardziej materialnie zorientowani i  kiedy uswiadomilismy sobie ze nie mamy juz dlugopisow, ze oddalismy juz wczesniej pyszna brytyjska czekolade Cadbury’s i ze drobnych monet juz tez nie slychac w naszych kieszeniach, postanowilismy zmienic podworko. 
Jak widzicie na zdjeciach, udalo sie  nam trafic na dzieci biegajace beztrosko ale takze na doroslych wykonujacych swoje codzienne prace -zarowno jedni jak i drudzy chetnie sie fotografowali z nami badz sami. Niektorzy oczekuja za to paru rupii ale nie zawsze, a dzieci prosza o czekolade lub dlugopis. Oprocz ludzi, zupelnie za darmo, dawaly sie fotografowac zwierzeta:-))) : maply, swinie, wielblady, krowy, slonie- te trzy ostatnie glownie jako uczestnicy ruchu ulicznego. Niesamowite jest to ze tutaj nikt nie zwraca uwagi na to ze wsrod samochodow porusza sie wielblad lub slon a one tez nie plosza sie na widok i dzwiek mijajacych ich pojazdow. Zdecydowanie wieksza atrakcja dla lokalnych jest bialy turysta ktory nie wiadomo po co zapuscil sie w taki teren. O ile w odleglym o ok. 500 metrow forcie bylo naprawde duzo turystow, tak w owej malowniczej wsi nie spotkalismy zadnych. No bo poszli przeciez do muzeum, obserwatorium astronomicznego czy jakiegos innego palcu za ktore my grzecznie podziekowalismy. Nie zebysmy byli ignorantami ale juz w zyciu przyjelismy swoja dawke muzeow, zreszta sami przyznacie ze po odwiedzeniu londynskiego British  Museum  i Victoria i Albert Museum mozna powiedziec ze widzialo sie juz wszystko co w kazdej kulturze swiata najcenniejsze i najstarsze- no takie korzysci kolnistow!
Jak widzicie jakbysmy troche zalapali klimat i nawet przyszla nam ochota na shopping. Wiec udalismy sie na targ w Dzajpurze i …zatesknilismy za Zlotymi Tarasami;-)! Ledwo zaczelismy nasz spacer, dorwal nas pan od ktorego wczoraj kupilimsy ten piekny obrus i postanowil ze nam nie popusci testujac na nas podstawy mikroekonomii. Zaczal od marketingu-zaprosil nas na komfortowa laweczke i zaproponowal herbatke (z mlekiem oczywiscie i slodka jak fix, ale Tomaszowi smakowala). Pozniej zaczal z namaszczeniem i wlasciwa sobie gracja szelescic tkaninami tak zebysmy zobaczyli ze to dobra jakosc, o ktorej ciagle wspominal. O cenie nie bylo mowy poki co. Jak juz wybralismy stos szalikow, apaszek i innego badziewia w super jakosci, jak wszystko tutaj, to przeszedl do reklamowania obrusow, narzut na lozko, sarii i innych lokalnych hitow mody w kolorach jakich my Europejczycy nie jestemy w stanie zaakceptowac chyba. A na pewno nie ja! Opieralismy sie skutecznie tym zbednym ofertom i w koncu doszlismy do negocjacji ceny. Tomasz na codzien w pracy wiele rzeczy negocjuje ale w Indiach jakos nie daje rady bo nie miesci mu sie w glowie 600% rabatu!!!! Ostatecznie ja uwazam ze dalismy sie frajersko naciagnac a Tomasz twierdzi ze wsparlismy gospodarke Indii. Ja przynajmniej wierze ze ten obrus za 30 Euro to bedzie ta ich ‘good quality’. Oni tutaj nieustannie powtarzaja ze oferuja dobra jakosc, w przeciwienstwie do rynku chinskiego, i ze te ich mozna wlozyc wiecej niz jeden raz bo sa ‘different different’ od tych chinskich, jak mowi nasz kierowca. Suma sumara spedzilismy w tym sklepie jakies 40 minut i postanowilismy ze to nie tylko nasz pierwszy ale i ostatni,uff! Po spacerze w sklepach trzeba przeciez  odwiedzic jakis food corner , niestety nie ma tu McDonald’s ani KFC, wiec poszlismy w Jaipur fastfood. Nie wiemy co jedlismy wlasciwie, ale czujemy sie dobrze i to najwazniejsze. Ah a w domu mamy takie pyszne swiateczne zapasy np.miodownik zrobiony przez siostre Tomasza hmmm….
Ostatni cel naszej podrozy to Alma na Grojeckiej ale wczesniej Agra, Waranasi, Mumbai i Goa. Bedziemy pisac jak tylko bedziemy mieli dostep do netu.
IMG_0586.JPGIMG_5714.JPGIMG_5608.JPGIMG_0708.JPGIMG_0696.JPGIMG_5684.JPGIMG_0756.JPGIMG_5680.JPGIMG_0690.JPGIMG_0662.JPGIMG_5644.JPGIMG_5707.JPGIMG_5675.JPGIMG_0641.JPGIMG_0675.JPGIMG_5642.JPGIMG_5705.JPGIMG_0688.JPGIMG_5674.JPGIMG_5676.JPGIMG_0749.JPGIMG_0670.JPGIMG_0631.JPGIMG_5698.JPGIMG_0700.JPGIMG_0731.JPGIMG_0667.JPGIMG_0611.JPGIMG_5697.JPGIMG_0698.JPGIMG_5733.JPGIMG_0658.JPGIMG_0719.JPGIMG_0584.JPGIMG_0594.JPG
Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s