INDIA – New Delhi

Witamy w pierwszym raporcie z podrozy po Indiach!
Wyruszylismy z Polski 26 grudnia, ja z goraczka dochodzaca do 38 stopni wiec z podrozy niewiele pamietam ale Tomasz mowi ze wiatr w ogon przekraczal 200 km/h i dzieki temu wyladowalismy w Delhi prawie godzine przed planowym przylotem. Oczywiscie jako jedyni turysci nie udalismy sie na postoj taksowek ale wsiedlismy w Airport Express i za 80 INR (1,20 Euro) popedzilismy mega szybkim, luksusowym i PUSTYM pociagiem do New Delhi. 
Jak juz wysiedlismy na stacji w poblizu hotelu to moja pierwsza mysl byla: Co mnie podkusilo? I za ile dni wracam do domu? Tomasz zdawal sie byc z miejsca zachwycony tym co ja ujelabym zgrabnie jako brud i ubostwo. Jak wiecie oboje bylismy juz wczesniej w Azji i to nie raz i wydawalo sie nam ze juz sie obylismy z tym innym swiatem, ale Indie naprawde szokuja i ‘przebijaja’ wszystko co widzielsimy dotychczas. Nawet nie wiem czy potrafie to opisac ale sprobuje i oczywiscie dolaczam zdjecia. 
W pierwszy dzien udalismy sie na popoludniowy spacer do Old Dehli. Pojechalismy oczywiscie metrem do ktorego sa ogreomne kolejki z racji tego ze za kazdym razem przechodzi sie przez kontrole osobista i kontrole bagazu. Jest zawsze osobna kolejka dla pan aczkolwiek wejscie za zaslonke za ktora stoi pani w tradycyjnym hindsuskim stroju i bada mnie  czyms co wyglada jak miecz Lorda Vader’a bylo dla mnie przerazajace przy pierwszej takiej okazji. W samym metrze scisk czywiscie mega ale sa wagony for women only i w nich zdecydowanie luzniejJ. No ale mialam pisac o Old Dehli i juz przechodze do tematu.
Glowna ulica Old Dehli to Chandni Chowk z mniejszymi waskimi uliczkami po bokach na ktorych mieszacza sie bazary wszelkich specjalnosci, w tym najwiekszy w Indiach targ przypraw-Khari Baoli. Sama Chandni Chowk przeszlismy na piechote brnac w ulicznym syfie i przeciskajac sie posrod tlumu lokalnych, nie mijajac wlasciwe turystów. Na targ przypraw pojechalismy rikszaJ i znalezlismy sie w centrum hinduskiego ruchu ulicznego, a ten jest niewyobrazalny.  Jak ogladaliscie kiedys na YouTube filmik pt.traffic in India to wiecie o czym mowie. Ulica pelna samochodow, tuktukow, riksz i pieszych i wlasciwie zadnych zasad ruchu. Przejscie na druga strone ulicy to test asertywnosci i odwagi, bo przeciez nikt nie zamierza sie zatrzymac. Pieszemu pozostaje tylko skakanie pomiedzy pojazdami wszelkiego rodzaju, zdarzaja sie tez krowy. Jakby tego bylo malo wszyscy trabia na potege, wlasciwie jakos bez celu i skutku ale co tam. Nie da sie ukryc ze taka przejazdzka to atrakcjaJ. A jesli chodzi o sam targ przypraw to miliony scen dziejacych sie na kazdym kroku wzdluz ulicy. Sam srodek to riksze i piesi ciagnacy wszelkiego rodzaju wozy i wozki pelne wielkich worow pelnych przypraw. Ciagly ruch ludzi spieszacych sie probujacych skutecznie przebijac sie przez tlum. Po bokach ulicy ulokowane sa juz same stragany i sklepiki pelne kolorowych przypraw i suszonych owocow. Po scianach budynkow skacza malpy ktore co jakis czas zakradaja sie na stoisko i porywaja handlarzom cos co im smakuje najllepiej badz tez cos co najlatwiej szybko porwac i uciec. Choc tak naprawde pewnie wiedza ze nic im nie grozi za takie zlodziejskie zachowanie bo przeciez zwierzeta w Indiach sa swiete. I to nie tylko krowy. Zobaczcie serie zdjec z tego miejsca bo to jest nie do opisania. Ja szczerze mowiac troche sie balam ale chyba niepotrzebnie bo lokalni mieszkancy usmiechaja sie do turystow ktorych jest tutaj niewielu wbrew temu jak mogloby sie wydawac i bardzo chetniwe pozuja do zdjec, czego nie doswiadczylam w zadnym inym kraju. Tutaj wrecz sami prosza zeby ich sfotografowac i na widok kamery zachecajaco machaja reka aby podejsc i zrobic im zdjecie tudziez koledze obok. Szczerze przyznam ze albo obnizyl mi sie poziom odpornosci na warunki zycia w Azji albo poprostu Indie mnie przerosly, ale poki co odrzucaja mnie zapachy, odrzuca mnie jedzenie i szybko meczy mnie ten brudny tlum i pelne syfu ulice. A moze to dlatego ze wciaz meczy mnie bol glowy i katar i goraczka i potrzebuje jeszcze dnia lub dwoch na aklimatyzacje. Oczywiscie wspomagam sie lekami zakupionymi w lokalnej aptece. Kupilam sobbie cos na przeziebienie i witamine C,wszystko za jakies 3,00 pln i przyszlam Tomaszowi oznajmic ze tanie ale ostatecznie z GlaxoSmithKline. Na co on:”Wiesz takie duze koncerny farmaceutyczne sprzedaja tak tanio leki w biednych krajach w ramach testow na tych ludziach” No to sie nazywa wsparcie kochanego mezczyzny, prawda? Ale ja uwazam ze warto zaryzykowac bo kupilam tez syrop jakiegos lokalnego producenta ktory obiecal ze kaszel przechodzi natychmiast i wierzcie mi lub nie po przyjeciu dwoch lyzek mega slodkiej i gestes zawiesiny przestalam kaszelcJ)))) Ktos sobie zyczy taki syroped? Zakupie!!!! Cena 40 rupi czyli jakies 2,50 pln. Tomasz jest bardzo entuzjastyczny i kusza go rozne smaki i zapachy. Ja na targu przypraw kichalam i kaszlalam a jemu nic nie moglo zaklocic frajdy z tego co spotykalo wzrok. I oczywiscie kupil multum fantastycznych przypraw: chicken masala, tandoori masala, coffee masala, tea masala, salad masala, yoghurt masala, ginger candies, gooseberry candies, szafran, laski wanilii, kore cynamonu, szafran, sol,etc. Oj to ta jego kobieca czesc mozgu ktora uwielbiam przeciez! Ah no ale jak juz nakupowal i nazbieral dwie siatki to zorientowal sie ze jego torba jest pelna obiektywow, w rece ma duzy aparat a ja przeciez zaopiekuje sie zakupami bo kobiety idealnie komponuja sie z siatkami.
Oprocz targu przypraw pojechalismy riksza na targ slubny, targ srebra, targ ksiazek i miliona innych kiczowatych ozdob, materialow i koronek. Wszystkie te targi upchane w najwezszych uliczkach Old Dehli i zapchane ludzmi po brzegi, co dla turysty maluje sie jak ruchomy obraz z tysiacami kolorow, zapachow, scen, twarzy,… A oprocz targow obejrzelismy rowniez pare swiatyn z ktorych najciekawsza byla sikhijska. Slowo najciekawsza nic nie mowi!!! Ta swiatynia byla najbardziej przyjazna, najbardziej uspokajajaca, najbardziej uduchawiajaca. Aczkolwiek juz na wejsciu sie zawahalam bo jak do wiekszosci swiatyn buddyjskich nalezalo wejsc boso co nie bylo dla mnie niczym nowym ale przed wejsciem jeszcze dodatkowo trzeba bylo umyc stopy w sadzawce ze stojaca woda w ktorej mysli stopy wszyscy wchodzacy do swiatyni, wrr! A potem wybor byl miedzy spacerowaniem po zimnym marmurze albo po dywanikach po ktorych tez przeszly juz miliony stop jak obstawiam bez prania owych dywanikow. No ale dalam rade. Tomasz w entuzjastycznym zapale uczestniczenia w sikhijkich rytualach zakupil nawet tradycyjny pokarm na wejsciu (jakas brazowa masa z duza zawartoscia masla) z ktorego polowe odebrali nam gdzies po drodze po to by dac tym bardziej potrzebujacym. Szkoda ze nie wzieli calej tej miseczki bo to bylo niezjadliwe! W samej swiatyni odspiewywano melodyjne modlitwy a wierni siadali w dowolnym miejscu na dywanie i cicho kontemplowali. Czescia swiatynnego kompleksu byl takze staw, tudziez basen, w ktorym w baaardzo brudnej wodzie i z rybami ludzie sie kapia lub przynajmniej obmywaja ta woda twarz i polewaja sobie glowe.
Jutro jedziemy z prywatnym kierowca do Jaipuru w Rajastanie i stamtad opiszemy swoje kolejne wrazenia i poslemy kolejna partie zdjec….
IMG_0200.JPG
IMG_9849.JPG
IMG_0182.JPG
IMG_0155.JPG
IMG_0223.JPG
IMG_0151.JPG
IMG_9915.JPG
IMG_5556.JPG
IMG_0159.JPG
Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s